wtorek, 18 kwietnia 2017

Łyżka dziegciu w miodzie podlaskiej regionalistyki

W każdym z tych fachów jestem najzwyklejszym amatorem (amo, amas, amat), czyli kimś, kto kocha to, co robi.
 Michał Paweł Markowski

O badaniach regionalnych i tzw. „regionalistyce” dyskutuje się od dawna. Jedni twierdzą, że jest zbędna, inni, że niezbędna. Adwersarze często przywołują argument nieprofesjonalności regionalistów. Fakt, obok dyplomowanych historyków, uczestniczą w tych badaniach także ci, którzy nie mają szlachetnego certyfikatu uczelnianego w dziedzinie historii. Bywają i tacy, którzy nie mają certyfikatu żadnego. Możliwe, że są wśród nich także jednostki, których jedynym ważniejszym świadectwem, jest świadectwo chrztu, albo i to nie. Tych mieni się amatorami – chcąc wskazać ich dyletanctwo. Biorąc jednak pod uwagę etymologię słowa „amator”, sięgającą łacińskiego ‘kochania’, rozpoznajemy miłośnika. Brak mu może narzędzi, czy opanowania metodologii, ale czy oby na pewno Kamasutra jest potrzebna do konsumpcji związku miłosnego? Nie staję tu, bynajmniej, na stanowisku pochwały etosu filisterskiego, drążącego jednak i środowiska posiadaczy glejtów różnej maści. Tak naprawdę myślę, że owo powszechne obniżenie lotów jest wynikiem promieniowania przykładu dawanego przez akademików. Nie chcę też jednak w jednym kotle wymieszać wszystkich uczonych, naukowców i badaczy. Biorąc jednak pod uwagę toczącą się dyskusję wokół humanistyki (a do tego ogólnego terminu się to sprowadza) można mieć wrażenie, że karierowiczostwo i – nazwijmy to delikatnie – „filisteryzm stosowany” bardziej rzuca się w oczy, niż skupiony namysł faktycznie zaangażowanych w tę robotę jednostek. Przy czym, poczynię kolejne zastrzeżenie, dotyczy to głównie pobocznych jednostek uczelnianych, których sensowność istnienia, w obecnym kształcie, nie jest do końca jasna (choć i tu są znakomite [a odosobnione] przykłady osobowości naukowych wielkiego formatu). To one – owe „jednostki poboczne”, a nie „osobowości” – rzutują jednak na badania regionalne.
Na korzyść tych regionalnych kochanków przemawia fakt, iż są oni zazwyczaj znakomicie zakorzenieniu w miejscu, które staje się przedmiotem ich dociekań. Dzięki nim wychodzą na świat nieznane dokumenty, częstokroć przechowywane w zaciszu domowych szpargałów, zdjęcia pokazujące dawne życie, dawnych możnych właścicieli dóbr, ale i zwykłych ludzi oddanych swym codziennościom. Wszystko to ma charakter bezcenny, a przynajmniej trudny do przecenienia z punktu widzenia dziejów regionu. Nierzadko jednak te odkrywane postaci wykraczają swoim znaczeniem poza lokalność. Trudno powiedzieć, czy zajmowanie się Aleksandrą Ogińską, choćby w kontekście siedleckim, bardziej należy do badań regionalnych, czy może do ogólnych badań nad epoką oświecenia. Makro- i mikrohistoria (idę za Le Goffem) muszą iść w parze, choć nie zawsze bywa to łatwe.
Coraz częściej da się zaobserwować w tym regionalnym kociołku coś, co jak łyżka dziegciu, psuje smak całej atrakcyjnie podanej strawy. Oczywiście to wąskie poletko humanistycznej niwy nie jest jedyną areną niegodziwości, ale tu jest to nieco łatwiej zauważalne, a nawet, ot po prostu – rzucające się w oczy.

 

O ile na studiach polonistycznych uczono mnie pewnego rozmachu intelektualnego, który winien cechować humanistę, o tyle zderzenie z humanistyczną bracią innych profesji szybko zweryfikowało ów model „etosu”. Ale nie czas utyskiwać na generalia...
Wśród moich wykładowców był jeden szalony idealista (mniejsza już o nazwiska), bezwzględny legalista do bólu uczciwy naukowo. Zabieranie się za robotę nakazywał rozpoczynać od maksymalnie szerokiego rozpoznania tematu i przyswojenia stanu badań. Wyniosłem z tych lekcji nieco (miejscami może karykaturalną) konieczność odnotowywania w przypisach (bądź bibliografii) lektur, które stanęły mi na drodze przy realizowaniu danej roboty pisarskiej. Spis bibliograficzny, to nie tylko lista źródeł i pożyczek w postaci cytatów, ale także rejestr tych tekstów, które przy danym zagadnieniu kształtowały mój obraz myślenia. Tak mnie nauczono i to wydaje mi się uczciwe. To jest uczciwe. Za każdym tekstem stoją konkretne osoby, toteż – nie wstydzę się tak na to patrzeć – lista tych, których jestem dłużnikiem, stale się wydłuża.
Po tym nazbyt długim wstępie czas przejść do kwestii zasadniczej, czyli rzeczonej łyżki dziegciu. Otóż tak jak zwierzęta, zwłaszcza samce, rozmaicie znaczą swój teren i nie dopuszczają doń nikogo, kto mógłby mu samicę gwizdnąć, tak i podobne postawy obserwuję w badaniach regionalnych. Oczywiście nikt nikomu nie może zakazać podejmowania tematu zbieżnego ze swoim, ale da się zauważyć metodyczne ignorowanie. Nie zawsze ma to postać przemilczenia (te przykłady pomijam), bo pojawiają się, szlachetnością zapewne podszyte, próby wspomnienia, które kończą się niefrasobliwie, nieuczciwie lub cynicznie. Poco przywoływać prace innych, skoro można stworzyć pozór własnej świetności, jedyności – jednym słowem intelektualnego monopolisty.
Dwie sytuacje drążą mi pamięć i nie dają przejść nad sobą do porządku dziennego. W roku 2013, gdy obchodzona była 150. rocznica powstania styczniowego, na Podlasiu miało miejsce sporo inicjatyw rocznicowych o charakterze naukowym (szerzej opisywałem to w „Roczniku Liwskim” t. VII, 2014). Spełnienia w postaci książek, czasopism i osobnych artykułów ukazywały się jeszcze w roku następnym. W kilku miejscach zwracają uwagę, ciekawe skądinąd, publikacje Bogusława Niemirki. Moje uwagi nie będą miały charakteru polemicznego, bo nie wiem jak tu polemizować. Wyrażają raczej zdziwienie.

 

1.
Archiwum Państwowe w Siedlcach z powyższej okazji przygotowało świetną wystawę zatytułowaną Rawicz i inni... w 150 rocznicę stracenia naczelnika województwa podlaskiego Władysława Rawicza. Autorem wystawy – przy oczywistej aprobacie i wsparciu swego dyrektora – był Artur Rogalski. To on przeprowadził kwerendy, dokonał selekcji pozyskanego materiału, opracował go merytorycznie i – z racji swych poza-merytorycznych umiejętności – graficznie. Zwieńczeniem wystawy był katalog pod tym samym tytułem, w którym część ikonograficzna została poprzedzona obszernym (31 stron formatu A4) wstępem. Autorem katalogu również był Rogalski. Również pod kątem graficznym. Waga wystawy i katalogu jest o tyle duża, że skupiają się one na specyficznym typie dokumentów, jakim są metrykalia. Rozprawa wstępna jest ważnym głosem metodologicznym, pokazującym, jak wiele nowych rzeczy można wnieść do stanu wiedzy o styczniowej insurekcji z aktów zgonów. Autor systematyzuje i uwyraźnia różne typy deskrypcji oraz daje modelowe przykłady możliwości interpretacyjnych tego typu źródeł. W rok po ukazaniu się katalogu Bogusław Niemirka opublikował ciekawy artykuł Echa powstania styczniowego na Podlasiu na kartach ksiąg metrykalnych („Prace Archiwalno-Konserwatorskie” z. 19, 2014). Odnosząc się do wystawy i katalogu pisał (s. 128):

Źródło to [mowa o metrykaliach – A.Z.] może w sposób znaczący uzupełnić, a nawet zweryfikować ustalenia nawet najlepszych monografii o walkach powstańczych na Podlasiu. Dotychczas materiał ten generalnie umykał uwadze historyków, tym bardziej trzeba podkreślić inicjatywę dr. Grzegorza Welika, dyrektora Archiwum Państwowego w Siedlcach, przygotowania specjalnej wystawy archiwalnej, prezentującej akty zgonu związane z tematyką powstańczą.

W przypisie do tego fragmentu czytamy natomiast:

Archiwum Państwowe w Siedlcach [...] wydało specjalny Katalog wystawy archiwalnej: Rawicz i inni... w 150 rocznicę stracenia naczelnika województwa podlaskiego Władysława Rawicza, Siedlce 2013, opracowany starannie w sferze ilustracyjnej przez pracownika APS Artura Rogalskiego.

Autor został zatem zredukowany do funkcji grafika komputerowego. Podejmując polemikę z konstatacjami Rogalskiego nie wymienia go jednak ani razu, zastępując ogólnym „autor katalogu”. Dyskusja między badaczami jest nader ważna i pasjonująca, zatem wypada czekać na reakcję Rogalskiego. Wypada także mieć nadzieję, iż precyzyjniej od swego adwersarza wyartykułuje personalia oponenta.

2.
W roku 2015 ukazał się także katalog wystawy Ksiądz Stanisław Brzóska – ostatni dowódca Powstania Styczniowego. W 150. rocznicę śmierci (Siedlce 2015). Idąc tropem powyższym, mógłbym dopisać: „opracowany starannie w sferze ilustracyjnej przez” Agnieszkę Rejowską (co akurat byłoby zgodne z prawdą). Przy tej formule mógłbym w zasadzie pozostać, gdyby nie fakt, iż muszę odnieść się do osoby która opracowała go w sferze nie-ilustracyjnej – czyli do Bogusława Niemirki.
Autor, Bogusław Niemirka, nie Agnieszka Rejowska, pisze we wstępie o publikacji, jako „monografii”. Ma do tego prawo. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, iż faktycznie udało mu się dotrzeć do nieznanych do tej pory metrykaliów, które porządkują i poszerzają naszą wiedzę o detale biograficzne rodziny i początków życia bohaterskiego księdza.
W rozdziale 12 pt. Egzekucja przywołuje fragment eseju Adama Jarosińskiego opisujący moment śmierci ks. Brzóski. Fragment przejmujący, świetnie napisany – nie dziwi zatem, iż autor wybrał go na zobrazowanie tego wydarzenia. Autor katalogu (pozwalam sobie na wyrażenie synonimiczne, gdyż nazwisko padło już kilka razy w pełnej formie) poprzedził cytat komentarzem:

Dr Adam Jarosiński ze Sterdyni w swoich przedwojennych szkicach historycznych zamieścił [itd.]

Przypis do następującego później cytatu podaje:

A. Jarosiński, Szkice z nadbużańskiego Podlasia, Warszawa 1925, s. 157.

Tom Jarosińskiego ma objętość 87 stron. I nie ma tam podawanego przez Niemirkę fragmentu. Pochodzi on bowiem z felietonu Okres popowstaniowy i lekarz polski powstałego Z okazji 25-lecia Stowarzyszenia Lekarzy Polskich i opublikowanego w „Nowinach Społeczno-Lekarskich” (1933, nr 2). Skąd więc nieporozumienie? Otóż autor katalogu korzystał z edycji Szkiców z nadbużańskiego Podlasia, która w moim opracowaniu ukazała się w 2008 r. nakładem Siedleckiego Towarzystwa Naukowego. W ramach Aneksu dołączyłem do zasadniczej treści książki trzy artykuły sterdyńskiego lekarza publikowane w innych czasopismach. W tej edycji przywołany przez Niemirkę fragment jest faktycznie na stronie 157.
Nie dostałem od tego wysypki, nie straciłem na wadze (niestety), żona ode mnie nie odeszła, nie wznowili teleranka, nie ogłosili stanu wojennego... Ale wydrapuję sobie resztę włosów nie mogąc pojąć: po co...

*
Byłyby jeszcze analogiczne detaliki, maleńkie niefrasobliwości, które pomijam, gdyż chodzi o egzempla metodologiczne.
A mówiąc bez ogródek – irytująca sytuacja. 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Wpis pierwszy

 
Początkowo wydawało mi się, że literatura jest jak fatalne zauroczenie – wciąga w nieprzebrane odmęty, a to przecież musi skończyć się katastrofą... „kto się zdaje na łaskę [fal], w końcu musi utonąć” – zapisał w pamiętniku mój ulubiony poeta, Tomasz Kajetan Węgierski.
Toteż po swawolnych, licealnych lekturach Becketta, które rekompensowały mi zawiłości przedmiotów szczegółowych, wstąpiłem w szeregi adeptów zakonu żebraczego – zostałem studentem polonistyki. Do dziś pamiętam zajęcia z doc. Antonim Czyżem, mgr. Stanisławem Szczęsnym, mgr. Stanisławem Skałą, i dr. Kazimierzem Świegockim. Wyznaczały one wektor pojmowania literatury i samego tekstu: od uniesień estetycznych, przez Heideggera i rozumienie tekstu jako śladu bycia, patrzenie na tekst kultury jako ścieżkę poszukiwań zrozumienia siebie i świata, aż po Braudela i koncepcję długiego trwania kultury... W końcu też rodziło się wewnętrzne przeświadczenie, wzmocnione lekturą Arystotelesa, że praca nad utworem literackim, to nieco więcej niż pożyteczne spędzenie czasu (z całym anturażem patetycznych, a mało konkretnych truizmów wtłaczanym przez nauczycieli i rodziców o „edukacyjnej roli”, „rozwijaniu wyobraźni”, „czerpaniu nauki z przykładów”...).
    W 2001 roku wziąłem udział w studenckiej konferencji pt. Rozumieć świat przez teksty kultury. I chociaż żadne wystąpienie nie odniosło się do tytułu w sposób bezpośredni, zdałem sobie sprawę, że obcowanie z tekstem literackim to nieco więcej niż zwykły proces percepcyjny. Wtedy też dotarła świadomość, iż utwór literacki jest, poza wszystkimi swoimi wartościami artystycznymi (lub użytkowymi), czynnikiem wprzęgającym odbiorcę w pewną grę z dziedzictwem, ze sztuką i z samym sobą. A jeśli istotą humanistyki i nauki w ogóle jest poznawanie oraz dążność do prawdy, to przed każdą lekturą stajemy, jak przed zwierciadłem, w którym odbija się obraz świata. Tego naszego, tego, co tu i teraz niezależnie od epoki, w której powstał. Dante jest tak samo „dzisiejszy”, jak Kochanowski, Sęp-Szarzyński, Miłosz (którego nie lubię), Żuławski, czy Twardoch. Nie poruszam się w świecie skamielin, czy trącących naftaliną staroci, ale nieustannie odtwarzanych i prężących się świadectw życia ich i mojego. To w bycie z tekstem, dla tekstu i w tekście.
     Dlatego właśnie moim utopijnym marzeniem jest zamknięcie się w bezpiecznej, ale tętniącej życiem przestrzeni doświadczania lektury.
    Zamknąć się – już w sensie najdosłowniej egzystencjalnym – na prowincji, to także zamknąć się przed nią samą. By nie chłonąć odgłosów (także jej), by mieć przestrzeń, tak myślę o BYCIOPISIE, zamkniętą dla pożeraczy i pomnażaczy rzeczy zbędnych, które to czynności określają ich konstrukcję egzystencjalną. Widzę to, jestem w tym i uczestniczę... Tu – mam nieustający dzień wolny, sielankową przestrzeń i zatrzymany czas, niekiedy, jak w Pikniku pod wiszącą skałą, złowrogo. Rozdziera się to na dwa równoległe życia, które już nie są w stanie się spotkać. Pierwsze czyta Jarosław Łukomski, drugie – a niech tam, przesadzę – Krystyna Czubówna.

Tyle gwoli wstępu...

Czytał Piotr Borowiec.